3 paź 2015

Event: Czarny Świt


               Wilcze łapy opadły z impetem w pobliżu czarnego otworu, opryskując właścicielkę gęstym błotem. Biała kitka dała się widzieć tylko przez chwilę, by zniknąć w ciemności. Wilczyca prychnęła, bo kilka kropli dostało się jej do nosa. Trochę posmutniała, że nie udało się złowić zająca, ale z drugiej strony nie był jej potrzebny; robiła to by zabić nudę i potrenować nową technikę zasadzek. Przyjemne z pożytecznym. Ze swoją łapą niezwykle rzadko doganiała ofiarę, więc stosowała różne sztuczki.
               – Jest inne miejsce, w którym łatwo schwytasz śniadanie. – Piaskowa wilczyca obejrzała się za siebie, by zobaczyć znajomą postać w cieniu drzew. Smukła, czarna wadera leżała na skale w pobliżu zagajnika, błyskając żółtymi ślepiami.
               – Właściwie to uczę się polować innymi sposobami. – Spojrzała wymownie na nadgryzioną marchewkę w pobliżu króliczej norki. - Chociaż niekoniecznie daje to jakieś rezultaty. – Zamachała ogonem i zbliżyła się do Alfy, pozostając jednak w zasięgu promieni słonecznych, które coraz szybciej chowały się za ciemnymi chmurami.
               – Z powodu twojej łapy, tak? – Piaskowa przytaknęła. – Myślę, że dałoby się to wyleczyć...
               – Nie, nie. Tak jest dobrze. To przypomina mi o.. pewnych sprawach.
               Sol milczała, myśląc, że towarzyszka będzie kontynuować, ale przedłużająca się cisza stawała się niezręczna. Odchrząknęła.
               – Rozumiem. – Przymknęła ślepia i napawała się nadchodzącym nowym dniem.
               – Chociaż... Jeśli nie sprawi ci to problemu, to możesz pokazać mi to miejsce. Będzie na przyszłość. – Maki zamachała ogonem a jej koraliki zastukały o siebie przy mocniejszym podmuchu wiatru.
               – Oczywiście. – Wadera wstała i ruszyła na zachód wśród leśnego cienia. Piaskowa wilczyca szybko ją dogoniła.

***

               Wiodącym dźwiękiem był odgłos łamiących się pod naporem wilczyc gałązek. Obie szły w milczeniu, by chwilę później w tym samym momencie podnieść na siebie wzrok. Ciszę przerwały odgłosy walki, ledwo słyszalnej, odległej. Towarzyszył im rzadko spotykany dźwięk, który nie sposób pomylić z czymś innym. Gdzieś na terenie watahy znajdował się jednorożec. Jednorożec, który za chwilę miał wydać swe ostatnie tchnienie. Sol skinęła głową widząc pytające spojrzenie Maki, a ta bez słowa wskazała kierunek. Wilczyce ostrożnie ruszyły przed siebie, ignorując wcześniejszy plan.

***

               – Przykro mi ten kundel ci nie pomoże. – Po tych słowach cierpienie rozeszło się po polanie, szeleszcząc liśćmi. Jednorożec zarżał i został uciszony mocnym uderzeniem. – Och, chyba przesadziłem... Dobijcie zwierzaka, niech się nie męczy. – Pod pozornie dobrodusznym stwierdzeniem czaiła się chora radość. Kilka sekund później wilczyce znalazły się w krzewach otaczających maleńką polanę pod starym dębem. Zdążyły zobaczyć but na niskim obcasie niknący w fiolecie magicznego portalu, gdy ich uwagę przykuły cztery masywne postacie orków, zmierzające w stronę broczącego srebrną krwią jednorożca. W każdej z zielonoszarych łap znajdowała się ciężka broń sieczna, dziwne połączenie topora i miecza. Grzywa rozsypała się na mchu, kiedy kształtny łeb zwierzęcia opadł na ziemię; on sam wyglądał jakby miał zaraz wyzionąć ducha.
               Z krzaków po lewej stronie drzewa wypadł średniej wielkości szary wilk. Zatopił szczęki w przedramieniu najbliższego orka i szarpnął mocno. Jednak ten bohaterski czyn zdał się na marne, bo człekokształtny bez problemu podniósł rękę, ze zwisającym na niej basiorem. Złapał niegodnego przeciwnika za kark i próbował usunąć, ale zęby trzymały mocno. W tym czasie reszta orków przyglądała się zmaganiom kompana, nie bardzo śpiesząc się do pomocy. Jedyną reakcją był głuchy warkot udający śmiech.
               Wadery porozumiały się ze sobą wzrokiem, po czym jedna z nich skinęła łbem. Obie na raz wyskoczyły zza wysokich krzaków. Czarna wilczyca wgryzła się w nieosłoniętą skórzanym kubrakiem szyję jednego z orków. Przeciwnik upadł, kiedy wadera rozerwała mu gardło a dookoła trysnęła krew. Maki próbowała tego samego, ale kulawa łapa przeszkodziła i wilczyca zacisnęła kły niżej, na zielonoszarym barku. Nie zdołała szarpnięciem nic wskórać, więc puściła chwyt i spadła na ziemię. Następny atak zakończył się sukcesem, co zawdzięczała na równi swojej zwinności i nierozgarnięciu przeciwnika. Dwóch leżało ciężko rannych czekając na koniec i godząc się z losem, a trzeci desperacko usiłował pozbyć się szarego wilka, by odzyskać swobodę ruchów. W końcu trybiki zaskoczyły i zamiast odciągać basiora, złapał za jego gardło i ścisnął potężnie. Stłumione piśnięcie wydarło się z już otwartych szczęk. Ork zamachnął się i rzucił wilkiem o pobliskie drzewo, wydając przy tym dziwny, przypominający dławienie się odgłos. Ciało grzmotnęło o pień i dało się słyszeć urwane jęknięcie. Skończywszy z pierwszym przeciwnikiem, Sol skupiła się na następnym.
               Element zaskoczenia przestał działać i czwarty, nietknięty ork zamierzył się bronią na nacierającą wilczycę. Górowała nad masywnym wrogiem zwinnością i ją wykorzystała. Nim nierozgarnięta istota zdążyła zadać cios, wadera zraniła nadgarstek jej dominującej ręki. Tym razem rozdarcie gardła nie wchodziło w grę, gdyż ork miał postawiony wysoki, skórzany kołnierz, ciasno związany sznurkiem. Choć wcześniej narzekał, że ledwie może ruszać głową, teraz cieszył się, iż trud noszenia go na coś się zdał. Jednak tylko przez krótki czas. Sol uszkodziła jego mięśnie nadgarstka, więc stał się niemal bezbronny. Wilczyca szybko przemknęła pod krwawiącą ręką i zacisnęła zęby na tylnej, nieosłoniętej stronie jednego, potem drugiego kolana. Wróg upadł, lecz zamachnął się zdrową ręką i zgarnął pod siebie wilczycę, przygniatając jedną z jej przednich łap. Sol syknęła próbując wydostać się z pułapki. Chwyciła zębami zbliżającą się w jej kierunku zdrową łapę orka, jednak szybko ją puściła i skuliła się na ziemi, by uniknąć niespodziewanego ciosu. W tym samym momencie powietrze rozdarł głuchy łomot, kiedy głowa jednego z przeciwników została roztrzaskana. Siła uderzenia sprawiła, że bezwładne już ciało uniosło się nieznacznie i Sol zdołała cofnąć zranioną łapę. Okazało, iż ostatni z intruzów poczuł się w obowiązku pomóc kompanowi i bez opamiętania wymachiwał ciężką bronią na wszystkie strony, nie bacząc na konsekwencje.
               – Cieszę się, że nam pomogłeś, ale nie będziesz już potrzebny… – Maki z impetem skoczyła na plecy jedynego, pozostałego przy życiu przeciwnika. Jej niesprawna łapa dała się jednak we znaki i zamiast wgryźć się w odsłoniętą tętnicę wroga, piaskowa wilczyca zdołała go jedynie przewrócić, tak, że legł niezdarnie na swojego martwego towarzysza. Sol spojrzała na niego z odrazą. Szarpał się i próbował wstać, przeszkadzała mu w tym jednak ciężka skórzana zbroja i leżąca na jego plecach wilczyca, która wydawało się, miała niezły ubaw próbując utrzymać się na miejscu.
               – Smacznego. – Czarna wilczyca dała znać, że nie jest zainteresowana dobiciem przeciwnika i rozejrzała się po polanie. Trawa poplamiona krwią, teraz już nie tylko srebrnoszarą ale i ciemnobrązową, kołysała się lekko na wietrze i uginała delikatnie pod spływającymi po niej kroplami deszczu. Żadna z samic nie zwróciła wcześniej uwagi na lekką mżawkę, która z wolna zaczęła przybierać na sile.
               – Obrzydlistwo.. – wycedziła przez zęby piaskowa wilczyca, chwilę po tym jak pomogła ostatniemu z wrogów pożegnać się z tym światem. – Takie coś na naszych terenach..?
               – Trzeba będzie wzmocnić straż. Mamy wokół towarzystwo, z którego raczej nie będziemy zadowoleni. – Sol zrobiła krok w kierunku białej sylwetki leżącej nieopodal. W momencie, kiedy jej prawa przednia łapa dotknęła ziemi, syknęła z bólu. Maki spojrzała na nią, jednak zanim zdążyła zareagować, czarna wilczyca zniknęła, zmieniając swoją postać na ludzką. W ostatniej chwili przytrzymała na palcu pierścień, który zaczął się z niego zsuwać. – Sprawdź co z nim, wydaje mi się, że jeszcze oddycha. – Sol spojrzała z niepokojem w niebo, słońce wciąż było schowane za chmurami. Miało się to jednak wkrótce zmienić.
               Piaskowa wilczyca podeszła do jednorożca. Jego stan był zły, ale szybka pomoc mogła go uratować.
               – Nie jest dobrze. Pójdę po moje maści. – Kiedy Alfa skinęła łbem, zielarka zniknęła w gąszczu.
               Sol usiadła w cieniu drzew, rozglądając się czujnie po okolicy. Spojrzała na swoją zranioną rękę i pozwoliła by rany same się zasklepiły. Nie wiadomo czy nie przyjdzie więcej wrogów. Z lewej strony Sol dobiegł cichy dźwięk. Szary wilk, o którym zdążyła zupełnie zapomnieć, odzyskał przytomność i westchnął nieznacznie. Nadal jej jednak nie zauważył. Podszedł wolnym krokiem do jednorożca i zaczął mu się przyglądać. Kilka sekund później obok niego pojawiła się na powrót czarna wilczyca, doszła do wniosku, że tak będzie łatwiej się z nim porozumieć. Szary wilk spojrzał na nieznajomą postać. Czarna wadera zwróciła pysk w jego stronę a tamten odskoczył. Drżał na całym ciele i rozbieganym wzrokiem poszukiwał drogi ucieczki.
               – Też jesteś na usługach maga, czarna bestio? Nie krzywdź niewinnego! – Chciał zaatakować wilczycę, ale szybko zmienił zdanie. Jej odsłonięte kły i nastroszona sierść skutecznie, go do tego przekonały. Samiec skurczył się w sobie.
               – Uspokój się. Nic ci nie zrobię – rzekła obojętnie samica. – Możesz mi to wyjaśnić? – obiegła polanę wzrokiem.
               – Pochodzę ze świątyni, w której czcimy te piękne stworzenia i w której mogą zaznać odpoczynku w spokoju. – Wciąż odrobinę przestraszony wilk jął tłumaczyć. – Będzie ze dwa dni temu, gdy przybył do nas potężny mag. Zniszczył świątynię i porwał jedno źrebię. W tym czasie żaden jednorożec oprócz niego nie przebywał w naszych murach, dlatego tak łatwo przyszło magowi porwanie. Wysyłaliśmy sygnały o pomoc i szczęściem matka źrebięcia usłyszała je. Od razu ruszyła na ratunek swemu dziecku, więc udałem się za nią, ale nic to nie dało. Mag ją pokonał, a ja do niczego się nie nadaję. Szczególnie w tej formie. – Powiódł przygnębionym wzrokiem po swym szarym futrze i chudych łapach. – Tak naprawdę jestem człowiekiem, ale kiedy zbliżyłem się do maga, zamieniłem się w to. Teraz moja misja jest stracona! – zawył a jego oczy się zaszkliły.
               – Nie becz. To nie twoja wina – Sol starała się pocieszyć rozmówcę, na niewiele się to jednak zdało. – Nie wiesz do czego potrzebne mu źrebię jednorożca?
               – Nie wiem, ale to nie może być nic przyjemnego. – Nachylił się do wilczycy i dodał trwożliwym szeptem – On posługuje się czarną magią. Trzeba go powstrzymać nim wyrządzi więcej zła. – Zwiesił łeb.
               – Pomożemy ci – rzekła wadera i poprowadziła nieznajomego wilka w głąb terenów swojej watahy.

***

ZADANIA:

  • 1 - Pomóc jednorożcowi - matce. Stan bardzo zły.
  • 2 - Dowiedzieć się gdzie ma swą siedzibę mag.
  • 3 - Na podstawie ksiąg maga/czegoś innego odmienić kapłana świątyni jednorożców z powrotem w człowieka.
  • 4 - Wkraść się do siedziby maga (uwaga: nie da się podejść do niego na bliżej niż 50 metrów w postaci człowieka) i uwolnić źrebię jednorożca.
  • 5 - Walka i pokonanie maga. Inaczej będzie mścił się na stadzie.


Każdy sam wybiera sobie zadanie do wykonania - wymagana jest informacja w komentarzu co się wybrało. By wykonać zadanie możecie się łączyć w pary lub większe grupy, nie jest to jednak konieczne.  Można także łączyć zadania. Za każde wykonane zadanie jest możliwe uzyskanie awansu w hierarchii – dany wilk musi się jednak wykazać odpowiednimi umiejętnościami, zgodnie z zajmowanym przez siebie stanowiskiem. Za wykonanie zadania uznaje się opublikowanie opowiadania.

Sol/Maki

20 sie 2015

`Will you find me? `

    Rouva przekręciła się z boku na bok i westchnęła ciężko. Sapnęła kilka razy, jakby to miało pomóc. Powachlowała ogonem. Siedząca nieopodal na ziemi sroka podskoczyła i wydała z siebie charakterystyczny skrzek. Wilczyca zastrzygła uchem i przekręciła rdzawy łeb, by móc widzieć ptaka.
-Nie zniosę tego dłużej – oznajmiła w jego stronę.
-Tek tek tek tek tek! - odparło zwierzę i w kilku susach, pomagając sobie skrzydłami, znalazło się przy wilczycy.
    Od paru dni upał lał się z nieba niemiłosiernie, a ona nie była przyzwyczajona do takiej pogody. W dodatku jej stary już organizm kiepsko znosił gorąco. Szybko się męczyła i miała przez to problemy z polowaniem. Nie to, żeby jakoś szczególnie chciało jej się jeść. Właściwie nic jej się nie chciało i myślała, że niewiele zmieniłoby, gdyby tego lata po prostu umarła. Wilcze Imperium nie istniało już od lat. Ci, na których losie jej zależało dawno już odeszli, bądź ich drogi się rozeszły. Przeszłość to przeszłość – zwykła myśleć, siadając w samotności na wysokich ostańcach skalnych, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w horyzont. Kiedyś miała wszystko, nie dane jej było jednak dożyć końca swych dni w bezpiecznym domu. A teraz... teraz jedynym jej towarzyszem była ta właśnie sroka. Znalazły się raz, w środku lasu. Ptak był ranny, jakiś drapieżnik złamał mu skrzydło, a następnie, zapewne będąc syty, zostawił na pastwę losu. Rouva zaopiekowała się bezbronnym stworzeniem. Zmieniwszy się w ludzką postać nastawiła nieszczęsne skrzydło i usztywniła je, pozwalając mu się zrosnąć. Obopólna korzyść – ptak dostawał jedzenie od wilczycy, a ona już nie musiała być sama. Miała dla kogo wstawać rano, polować, szukać strumienia. Nie zagrzewali nigdzie miejsca na dłużej, bowiem okolica pełna była terenów innych watah, którym rdzawa wilczyca nie chciała wchodzić w drogę.
    Tak mijały lata. Właściwie niezmiennie, z tą tylko różnicą, że z każdym dniem była dalej od miejsca, które kiedyś zwykła nazywać domem. Każdy kolejny krok oddalał ją od przeszłości i kierował ku... no właśnie, ku czemu? Nie miała celu swojej wędrówki. Pogodziła się już właściwie z myślą, że tak będzie już do końca jej dni i nie przeszkadzało jej to. Po prostu takie jest życie samotnego wilka. Wieczorami, kiedy księżyc powoli wznosił swoją srebrzystą tarczę ponad nieznane jej pagórki i doliny, unosiła pysk ku niebu i wyła. Długo, przeciągle, ale nie smutno. To było dzikie wołanie, zew bez odpowiedzi. Chociaż, gdy takowa nadchodziła, Rouva uśmiechała się do siebie w duchu, pocieszona myślą, że są jeszcze wilki takie jak ona. Aż do tego upalnego popołudnia nie sądziła, że może się coś zmienić w jej toczącym się stałym rytmem życiu.
    Wstała z ziemi, trąciła lekko nosem swojego ptasiego towarzysza i poczłapała powoli w stronę najbliższego, jak wiedziała, strumienia.
-Chodź, ochłodzimy się trochę. Lepiej leżeć w wodzie.
    Ptak posłusznie wstał i wzleciał powoli ponad wilczycę. Podróż nad wodę okazała się jednak o wiele bardziej męcząca, niż Rouva przypuszczała. Było tak nieznośnie gorąco, że straciła wigor już po przejściu kilkuset metrów.
-Znajdą tutaj nasze zasuszone ciała, mówię ci – burknęła, patrząc w górę, na kołującą nad nią srokę i zmrużyła żółte ślepia.
    Po nieskończenie długiej – a tak się przynajmniej wydawało – wędrówce, z ulgą zanurzyła łapy w brudnym, mulistym strumyczku, który sądząc po starym korycie, kiedyś był rzeką. W takich warunkach ciężko jednak było o choćby kroplę wody. Nie padało już od wielu dni. Wszystko uschło.
    Rouva uniosła nagle łeb, gwałtownie wietrząc suche, parzące powietrze. Wszystko uschło. Więc skąd ten zapach jaśminu? Ani pora roku nie była na to odpowiednia, ani warunki nie sprzyjały kwitnieniu jakichkolwiek roślin.
    Pamiętała ten zapach. Specyficzny. Jaśmin i nutka piżma. Nigdy nie miała go już poczuć. Potrząsnęła głową ze zrezygnowaniem.
-Moja głowa płata mi figle, wiesz? - zagaiła w stronę sroki, która moczyła swoje nogi w studze – Przysięgłabym, że czuję jaśmin.
    Sroka przekrzywiła swój czarny łebek, patrząc na wilczycę potakująco.
-Ale... to niemożliwe. Nie mogę przecież czuć zapachu Lasuris, ona... - zamilkła.
Mijający dzień skończyli w cieniu rozłożystego drzewa. Kiedy tylko słońce schowało się za horyzont, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, wilczyca wstała.
-Może to i głupie, ale... muszę to sprawdzić. Znalezienie kwitnącego jaśminu w tych warunkach zdecydowanie mnie pocieszy – uśmiechnęła się kwaśno w stronę towarzysza, który patrzył na nią z powątpiewaniem. Po chwili jednak wzbił się w powietrze i wydał z siebie sroczy terkot.
    Rouva ruszyła tropem. Nie było to trudne, zapach był naprawdę intensywny i naprawdę do bólu znajomy. Dokładnie po tym dało się poznać Lasuris.
Zakręciło jej się w głowie, kiedy do zapachu, którym podążała dołączyły jeszcze dwa inne, niezwykle znajome. Elenay i Maki. Co one dwie miałyby robić w tym miejscu, w dodatku razem?
    Rouva przeskoczyła zręcznie korzeń dużego drzewa i ruszyła lekkim truchtem, co jakiś czas przystając, by wznowić trop. Im dalej się zapuszczała, tym intensywniejsze były znajome wonie i tym więcej pojawiało się tych innych, wilczych, których nie mogła znać. Zbliżała się do terenu jakiejś watahy, nie miała co do tego wątpliwości.
Kiedy więc wkroczyła w gęste zarośla, wyszukując sobie niewielką choćby ścieżkę, którą mogłaby przejść, kiedy wyszła z drugiej strony i ujrzała wiele wilczych kształtów, nie była zaskoczona. Przystanęła, węsząc. Przekrzywiła głowę, zastanawiając się, kiedy zostanie zauważona. Wiodła wzrokiem od jednej do kolejnej postaci aż wreszcie zawiesiła spojrzenie na czarnej wilczycy o długim ogonie.
-Elenay – powiedziała głośno.
    Wymieniona po imieniu postać podniosła się szybko. Rouva podbiegła w jej stronę.
-Elenay, ty tutaj? Ty... ja myślałam, że nigdy więcej się nie zobaczymy – wyjąkała i rzuciła się na czarną wilczycę z impetem godnym szczenięcia – Elenko, nie uwierzysz co za absurd! Przyszłam tutaj bo wyczułam w powietrzu zapach....
    Rouva urwała, patrząc ponad barkiem Jadokrwistej.
-Lasuris – oznajmiła głucho, patrząc wprost na białą, jakże znajomą wilczycę. Wyglądała nadzwyczaj zdrowo jak na kogoś, kto od kilku lat... nie żyje.

`Silent Messenger`

Imię: Rouva Tummakeisari
Wiek: 15 lat wilczych
Płeć: żeńska
Hierarchia: strażnik rekrut

Rdzawo-miedziana wilczyca, dość wysoka i szczupła. Wątłością sylwetki bardziej podobna do kojota, niż do wilka. Długi, wąski pysk i duże, szpiczaste uszy potęgują to wrażenie. Jedynie wzrostem dorównuje innym wilkom. Futro jest gęste i zwarte. Na karku i barkach rośnie długie i sztywne, co tworzy swojego rodzaju kryzę, która zresztą sprawia, że wilczyca wydaje się o wiele masywniejsza, niż jest w rzeczywistości. Rouva ma niebywale długi, puszysty ogon, którym często owija swoje przednie łapy, zwłaszcza w zimne dni. Jednakże cechą najbardziej charakterystyczną są dziwne, pozbawione futra placki na jej skórze, jakby odparzone bądź odmrożone.

Tymczasowe zdjęcie (właściwe w trakcie tworzenia)

Lata wędrówek po rozpadzie pierwszej i jedynej jej watahy nauczyły ją jeszcze większej powściągliwości. Nie ukrywajmy, jest już dość stara jak na wilka. Nie w głowie jej harce i swawola, wydaje się być chłodna i opanowana, zdystansowana do wszystkiego, co ją otacza. Jest uważnym obserwatorem, jednak cokolwiek roi się w jej głowie pozostaje nieodkryte dla towarzyszy. Potrafi być miła i stara się być taka dla wszystkich, nie pozostawia jednak złudzeń, że potrzeba czegoś więcej, by nazwać kogoś przyjacielem. Z pewnością też zajmie jej trochę czasu, nim ponownie nauczy się funkcjonować w watasze.
Dawne winy wybacza, ale nigdy nie zapomina.
Zdawać by się mogło, że jedyną prawdziwą jej pasją jest przesiadywanie bez ruchu i wpatrywanie się w otaczający ją świat. 
Lodowa Cisza, mógłbyś o niej rzec. Silnie związała się z tym przydomkiem. 
Nie lubi zmian. 
Uwielbia śnieg. Zdarzy jej się czasami napomknąć o swoim pochodzeniu, o dalekiej północy. 

Natura nie obdarzyła jej żadną szczególną mocą. Niemniej jednak Rouva potrafi zmienić się w człowieka.  
Nie jest to forma, którą lubi, toteż nie przyjmuje jej zbyt często, jeśli nie musi. Jej ludzkie ciało jakby w ogóle nie poddawało się starości tak, jak robi to wilcze. Niezmiennie ją to irytuje. 
W ludzkiej formie Rouva ma ostre rysy twarzy, zadarty nos, chłodnożółte oczy oraz miedzianorude włosy, długie do pasa.
Nick na chacie: Rouva_Tummakeisari; kolor 660000 
Kontakt: KP, dA