Rouva przekręciła się z boku na bok
i westchnęła ciężko. Sapnęła kilka razy, jakby to miało pomóc.
Powachlowała ogonem. Siedząca nieopodal na ziemi sroka podskoczyła
i wydała z siebie charakterystyczny skrzek. Wilczyca zastrzygła
uchem i przekręciła rdzawy łeb, by móc widzieć ptaka.
-Nie zniosę tego dłużej –
oznajmiła w jego stronę.
-Tek tek tek tek tek! - odparło
zwierzę i w kilku susach, pomagając sobie skrzydłami, znalazło
się przy wilczycy.
Od paru dni upał lał się z nieba
niemiłosiernie, a ona nie była przyzwyczajona do takiej pogody. W
dodatku jej stary już organizm kiepsko znosił gorąco. Szybko się
męczyła i miała przez to problemy z polowaniem. Nie to, żeby
jakoś szczególnie chciało jej się jeść. Właściwie nic jej się
nie chciało i myślała, że niewiele zmieniłoby, gdyby tego lata
po prostu umarła. Wilcze Imperium nie istniało już od lat. Ci, na
których losie jej zależało dawno już odeszli, bądź ich drogi
się rozeszły. Przeszłość to przeszłość – zwykła myśleć,
siadając w samotności na wysokich ostańcach skalnych, wpatrując
się zamyślonym wzrokiem w horyzont. Kiedyś miała wszystko, nie
dane jej było jednak dożyć końca swych dni w bezpiecznym domu. A
teraz... teraz jedynym jej towarzyszem była ta właśnie sroka.
Znalazły się raz, w środku lasu. Ptak był ranny, jakiś
drapieżnik złamał mu skrzydło, a następnie, zapewne będąc
syty, zostawił na pastwę losu. Rouva zaopiekowała się bezbronnym
stworzeniem. Zmieniwszy się w ludzką postać nastawiła nieszczęsne
skrzydło i usztywniła je, pozwalając mu się zrosnąć. Obopólna
korzyść – ptak dostawał jedzenie od wilczycy, a ona już nie
musiała być sama. Miała dla kogo wstawać rano, polować, szukać
strumienia. Nie zagrzewali nigdzie miejsca na dłużej, bowiem
okolica pełna była terenów innych watah, którym rdzawa wilczyca
nie chciała wchodzić w drogę.
Tak mijały lata. Właściwie
niezmiennie, z tą tylko różnicą, że z każdym dniem była dalej
od miejsca, które kiedyś zwykła nazywać domem. Każdy kolejny
krok oddalał ją od przeszłości i kierował ku... no właśnie, ku
czemu? Nie miała celu swojej wędrówki. Pogodziła się już
właściwie z myślą, że tak będzie już do końca jej dni i nie
przeszkadzało jej to. Po prostu takie jest życie samotnego wilka.
Wieczorami, kiedy księżyc powoli wznosił swoją srebrzystą tarczę
ponad nieznane jej pagórki i doliny, unosiła pysk ku niebu i wyła.
Długo, przeciągle, ale nie smutno. To było dzikie wołanie, zew
bez odpowiedzi. Chociaż, gdy takowa nadchodziła, Rouva uśmiechała
się do siebie w duchu, pocieszona myślą, że są jeszcze wilki
takie jak ona. Aż do tego upalnego popołudnia nie sądziła, że
może się coś zmienić w jej toczącym się stałym rytmem życiu.
Wstała z ziemi, trąciła lekko nosem
swojego ptasiego towarzysza i poczłapała powoli w stronę
najbliższego, jak wiedziała, strumienia.
-Chodź, ochłodzimy się trochę.
Lepiej leżeć w wodzie.
Ptak posłusznie wstał i wzleciał
powoli ponad wilczycę. Podróż nad wodę okazała się jednak o
wiele bardziej męcząca, niż Rouva przypuszczała. Było tak
nieznośnie gorąco, że straciła wigor już po przejściu kilkuset
metrów.
-Znajdą tutaj nasze zasuszone ciała,
mówię ci – burknęła, patrząc w górę, na kołującą nad nią
srokę i zmrużyła żółte ślepia.
Po nieskończenie długiej – a tak
się przynajmniej wydawało – wędrówce, z ulgą zanurzyła łapy
w brudnym, mulistym strumyczku, który sądząc po starym korycie,
kiedyś był rzeką. W takich warunkach ciężko jednak było o
choćby kroplę wody. Nie padało już od wielu dni. Wszystko uschło.
Rouva uniosła nagle łeb, gwałtownie
wietrząc suche, parzące powietrze. Wszystko uschło. Więc skąd
ten zapach jaśminu? Ani pora roku nie była na to odpowiednia, ani
warunki nie sprzyjały kwitnieniu jakichkolwiek roślin.
Pamiętała ten zapach. Specyficzny.
Jaśmin i nutka piżma. Nigdy nie miała go już poczuć. Potrząsnęła
głową ze zrezygnowaniem.
-Moja głowa płata mi figle, wiesz? -
zagaiła w stronę sroki, która moczyła swoje nogi w studze –
Przysięgłabym, że czuję jaśmin.
Sroka przekrzywiła swój czarny
łebek, patrząc na wilczycę potakująco.
-Ale... to niemożliwe. Nie mogę
przecież czuć zapachu Lasuris, ona... - zamilkła.
Mijający dzień skończyli w cieniu
rozłożystego drzewa. Kiedy tylko słońce schowało się za
horyzont, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, wilczyca
wstała.
-Może to i głupie, ale... muszę to
sprawdzić. Znalezienie kwitnącego jaśminu w tych warunkach
zdecydowanie mnie pocieszy – uśmiechnęła się kwaśno w stronę
towarzysza, który patrzył na nią z powątpiewaniem. Po chwili
jednak wzbił się w powietrze i wydał z siebie sroczy terkot.
Rouva ruszyła tropem. Nie było to
trudne, zapach był naprawdę intensywny i naprawdę do bólu
znajomy. Dokładnie po tym dało się poznać Lasuris.
Zakręciło jej się w głowie, kiedy
do zapachu, którym podążała dołączyły jeszcze dwa inne,
niezwykle znajome. Elenay i Maki. Co one dwie miałyby robić w tym
miejscu, w dodatku razem?
Rouva przeskoczyła zręcznie korzeń
dużego drzewa i ruszyła lekkim truchtem, co jakiś czas przystając,
by wznowić trop. Im dalej się zapuszczała, tym intensywniejsze
były znajome wonie i tym więcej pojawiało się tych innych,
wilczych, których nie mogła znać. Zbliżała się do terenu
jakiejś watahy, nie miała co do tego wątpliwości.
Kiedy więc wkroczyła w gęste
zarośla, wyszukując sobie niewielką choćby ścieżkę, którą
mogłaby przejść, kiedy wyszła z drugiej strony i ujrzała wiele
wilczych kształtów, nie była zaskoczona. Przystanęła, węsząc.
Przekrzywiła głowę, zastanawiając się, kiedy zostanie zauważona.
Wiodła wzrokiem od jednej do kolejnej postaci aż wreszcie zawiesiła
spojrzenie na czarnej wilczycy o długim ogonie.
-Elenay – powiedziała głośno.
Wymieniona po imieniu postać
podniosła się szybko. Rouva podbiegła w jej stronę.
-Elenay, ty tutaj? Ty... ja myślałam,
że nigdy więcej się nie zobaczymy – wyjąkała i rzuciła się
na czarną wilczycę z impetem godnym szczenięcia – Elenko, nie
uwierzysz co za absurd! Przyszłam tutaj bo wyczułam w powietrzu
zapach....
Rouva urwała, patrząc ponad barkiem
Jadokrwistej.
-Lasuris – oznajmiła głucho,
patrząc wprost na białą, jakże znajomą wilczycę. Wyglądała
nadzwyczaj zdrowo jak na kogoś, kto od kilku lat... nie żyje.
- Rouva... - Powtórzyła niemal bezgłośnie to, co przed chwilą zadźwięczało w jej głowie jak dzwon. Położyła uszy po sobie i wycofała się bezwiednie, jakby odruchowo próbując uniknąć walki ze starą przyjaciółką. Gdy niezręczna cisza wciąż i wciąż się przedłużała, drobna, biała samica w końcu wybąkała:
OdpowiedzUsuń- Jeżeli chcesz mnie wysłuchać, możemy się przejść i... Porozmawiać. - Spojrzała na nią.
W jej głowie kłębiło się tyle sprzecznych emocji. Zamknęła na chwilę oczy.
OdpowiedzUsuń-Ja... - zaczęła i zająknęła się - Ja myślę, że to całkiem dobry pomysł. Musimy chyba sobie wyjaśnić kilka spraw - odparła, ale w jej głosie nie było gniewu.
Skinęła głową w stronę Lasuris, jakby dając jej znak, żeby poprowadziła.