20 sie 2015

`Will you find me? `

    Rouva przekręciła się z boku na bok i westchnęła ciężko. Sapnęła kilka razy, jakby to miało pomóc. Powachlowała ogonem. Siedząca nieopodal na ziemi sroka podskoczyła i wydała z siebie charakterystyczny skrzek. Wilczyca zastrzygła uchem i przekręciła rdzawy łeb, by móc widzieć ptaka.
-Nie zniosę tego dłużej – oznajmiła w jego stronę.
-Tek tek tek tek tek! - odparło zwierzę i w kilku susach, pomagając sobie skrzydłami, znalazło się przy wilczycy.
    Od paru dni upał lał się z nieba niemiłosiernie, a ona nie była przyzwyczajona do takiej pogody. W dodatku jej stary już organizm kiepsko znosił gorąco. Szybko się męczyła i miała przez to problemy z polowaniem. Nie to, żeby jakoś szczególnie chciało jej się jeść. Właściwie nic jej się nie chciało i myślała, że niewiele zmieniłoby, gdyby tego lata po prostu umarła. Wilcze Imperium nie istniało już od lat. Ci, na których losie jej zależało dawno już odeszli, bądź ich drogi się rozeszły. Przeszłość to przeszłość – zwykła myśleć, siadając w samotności na wysokich ostańcach skalnych, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w horyzont. Kiedyś miała wszystko, nie dane jej było jednak dożyć końca swych dni w bezpiecznym domu. A teraz... teraz jedynym jej towarzyszem była ta właśnie sroka. Znalazły się raz, w środku lasu. Ptak był ranny, jakiś drapieżnik złamał mu skrzydło, a następnie, zapewne będąc syty, zostawił na pastwę losu. Rouva zaopiekowała się bezbronnym stworzeniem. Zmieniwszy się w ludzką postać nastawiła nieszczęsne skrzydło i usztywniła je, pozwalając mu się zrosnąć. Obopólna korzyść – ptak dostawał jedzenie od wilczycy, a ona już nie musiała być sama. Miała dla kogo wstawać rano, polować, szukać strumienia. Nie zagrzewali nigdzie miejsca na dłużej, bowiem okolica pełna była terenów innych watah, którym rdzawa wilczyca nie chciała wchodzić w drogę.
    Tak mijały lata. Właściwie niezmiennie, z tą tylko różnicą, że z każdym dniem była dalej od miejsca, które kiedyś zwykła nazywać domem. Każdy kolejny krok oddalał ją od przeszłości i kierował ku... no właśnie, ku czemu? Nie miała celu swojej wędrówki. Pogodziła się już właściwie z myślą, że tak będzie już do końca jej dni i nie przeszkadzało jej to. Po prostu takie jest życie samotnego wilka. Wieczorami, kiedy księżyc powoli wznosił swoją srebrzystą tarczę ponad nieznane jej pagórki i doliny, unosiła pysk ku niebu i wyła. Długo, przeciągle, ale nie smutno. To było dzikie wołanie, zew bez odpowiedzi. Chociaż, gdy takowa nadchodziła, Rouva uśmiechała się do siebie w duchu, pocieszona myślą, że są jeszcze wilki takie jak ona. Aż do tego upalnego popołudnia nie sądziła, że może się coś zmienić w jej toczącym się stałym rytmem życiu.
    Wstała z ziemi, trąciła lekko nosem swojego ptasiego towarzysza i poczłapała powoli w stronę najbliższego, jak wiedziała, strumienia.
-Chodź, ochłodzimy się trochę. Lepiej leżeć w wodzie.
    Ptak posłusznie wstał i wzleciał powoli ponad wilczycę. Podróż nad wodę okazała się jednak o wiele bardziej męcząca, niż Rouva przypuszczała. Było tak nieznośnie gorąco, że straciła wigor już po przejściu kilkuset metrów.
-Znajdą tutaj nasze zasuszone ciała, mówię ci – burknęła, patrząc w górę, na kołującą nad nią srokę i zmrużyła żółte ślepia.
    Po nieskończenie długiej – a tak się przynajmniej wydawało – wędrówce, z ulgą zanurzyła łapy w brudnym, mulistym strumyczku, który sądząc po starym korycie, kiedyś był rzeką. W takich warunkach ciężko jednak było o choćby kroplę wody. Nie padało już od wielu dni. Wszystko uschło.
    Rouva uniosła nagle łeb, gwałtownie wietrząc suche, parzące powietrze. Wszystko uschło. Więc skąd ten zapach jaśminu? Ani pora roku nie była na to odpowiednia, ani warunki nie sprzyjały kwitnieniu jakichkolwiek roślin.
    Pamiętała ten zapach. Specyficzny. Jaśmin i nutka piżma. Nigdy nie miała go już poczuć. Potrząsnęła głową ze zrezygnowaniem.
-Moja głowa płata mi figle, wiesz? - zagaiła w stronę sroki, która moczyła swoje nogi w studze – Przysięgłabym, że czuję jaśmin.
    Sroka przekrzywiła swój czarny łebek, patrząc na wilczycę potakująco.
-Ale... to niemożliwe. Nie mogę przecież czuć zapachu Lasuris, ona... - zamilkła.
Mijający dzień skończyli w cieniu rozłożystego drzewa. Kiedy tylko słońce schowało się za horyzont, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, wilczyca wstała.
-Może to i głupie, ale... muszę to sprawdzić. Znalezienie kwitnącego jaśminu w tych warunkach zdecydowanie mnie pocieszy – uśmiechnęła się kwaśno w stronę towarzysza, który patrzył na nią z powątpiewaniem. Po chwili jednak wzbił się w powietrze i wydał z siebie sroczy terkot.
    Rouva ruszyła tropem. Nie było to trudne, zapach był naprawdę intensywny i naprawdę do bólu znajomy. Dokładnie po tym dało się poznać Lasuris.
Zakręciło jej się w głowie, kiedy do zapachu, którym podążała dołączyły jeszcze dwa inne, niezwykle znajome. Elenay i Maki. Co one dwie miałyby robić w tym miejscu, w dodatku razem?
    Rouva przeskoczyła zręcznie korzeń dużego drzewa i ruszyła lekkim truchtem, co jakiś czas przystając, by wznowić trop. Im dalej się zapuszczała, tym intensywniejsze były znajome wonie i tym więcej pojawiało się tych innych, wilczych, których nie mogła znać. Zbliżała się do terenu jakiejś watahy, nie miała co do tego wątpliwości.
Kiedy więc wkroczyła w gęste zarośla, wyszukując sobie niewielką choćby ścieżkę, którą mogłaby przejść, kiedy wyszła z drugiej strony i ujrzała wiele wilczych kształtów, nie była zaskoczona. Przystanęła, węsząc. Przekrzywiła głowę, zastanawiając się, kiedy zostanie zauważona. Wiodła wzrokiem od jednej do kolejnej postaci aż wreszcie zawiesiła spojrzenie na czarnej wilczycy o długim ogonie.
-Elenay – powiedziała głośno.
    Wymieniona po imieniu postać podniosła się szybko. Rouva podbiegła w jej stronę.
-Elenay, ty tutaj? Ty... ja myślałam, że nigdy więcej się nie zobaczymy – wyjąkała i rzuciła się na czarną wilczycę z impetem godnym szczenięcia – Elenko, nie uwierzysz co za absurd! Przyszłam tutaj bo wyczułam w powietrzu zapach....
    Rouva urwała, patrząc ponad barkiem Jadokrwistej.
-Lasuris – oznajmiła głucho, patrząc wprost na białą, jakże znajomą wilczycę. Wyglądała nadzwyczaj zdrowo jak na kogoś, kto od kilku lat... nie żyje.

2 komentarze:

  1. - Rouva... - Powtórzyła niemal bezgłośnie to, co przed chwilą zadźwięczało w jej głowie jak dzwon. Położyła uszy po sobie i wycofała się bezwiednie, jakby odruchowo próbując uniknąć walki ze starą przyjaciółką. Gdy niezręczna cisza wciąż i wciąż się przedłużała, drobna, biała samica w końcu wybąkała:
    - Jeżeli chcesz mnie wysłuchać, możemy się przejść i... Porozmawiać. - Spojrzała na nią.

    OdpowiedzUsuń
  2. W jej głowie kłębiło się tyle sprzecznych emocji. Zamknęła na chwilę oczy.
    -Ja... - zaczęła i zająknęła się - Ja myślę, że to całkiem dobry pomysł. Musimy chyba sobie wyjaśnić kilka spraw - odparła, ale w jej głosie nie było gniewu.
    Skinęła głową w stronę Lasuris, jakby dając jej znak, żeby poprowadziła.

    OdpowiedzUsuń